czwartek, 27 sierpnia 2015

Geniusze Zła

Jack Cooper postanowił, że kończy z patriotyzmem. Wujek Sam może pochylić swoją patykowatą postać i pocałować go w dupę. Jeśli Stany Zjednoczone jeszcze kiedyś wdadzą się w wojnę, on nie zamierza się mieszać. Jego przedsiębiorstwo kosmetyczne - Cooper Beauty - nie było duże. A mimo to przez trzy lata dostarczało darmowe mydło do kilku jednostek. Jack pomagał zaopatrywać armię z dwóch powodów. Po pierwsze wierzył, że każdy Amerykanin powinien wspomagać dzielnych żołnierzy. Po drugie bardzo solidnie mu obiecano, że otrzyma udział w wojennych łupach.
Spodziewał się hitlerowskiego złota, być może dużego kontyngentu odczynników chemicznych. Tymczasem jego firma zajmująca się głównie produkcją pomadek i soli kąpielowych otrzymała na wyłączność usługi trzech nazistowskich naukowców. Dwóch było szalonych, trzeci jedynie pieprznięty. Wszyscy wcześniej pracowali przy tajnej broni Rzeszy...

czwartek, 23 lipca 2015

Eden

Ogród Eden nie prezentował się szczególnie obiecująco. Większość podłoża stanowiła goła gleba. Trawa była żółta i rosła w nierównych kępach. Drzewo poznania dobrego i złego jeszcze do końca nie wyrosło, ale już usychało. Na krzywych gałęziach widniały małe i pomarszczone owoce. Gdzieś pomiędzy nimi głową w dół zwisał wąż przypominający przerośniętą glizdę.

sobota, 27 czerwca 2015

Emu

Obudziła go w środku w nocy. Allen sięgnąć po telefon leżący na stoliku. Zrobił to odruchowo, bo chciał, żeby świdrujący dzwonek umilkł. Kiedy jednak już trzymał słuchawkę w dłoni, podniósł ją do uszu i wychrypiał:
- Haloooo?
- Allen?
- Tak.
- Dobrze cię słyszeć. Tutaj Missy.
- Jaka Missy?
- A no tak. Nie wiesz, jak mam na imię. Znamy się z poprzedniego wcielenia. Byliśmy razem strusiami.
Allen obejrzał się na śpiącą w rozgrzebanej pościeli żonę. Wstał i chyłkiem przeszedł do pokoju dziennego. Zamknął za sobą drzwi. 
- Emu - powiedział - byliśmy emu.
- A to takie podobne. - szczebiotała Missy.
Pamiętał ją dosyć dobrze. Ptasi móżdżek nawet jak na przedstawiciela rodziny kazuarowatych. Uganiał się za nią po pustkowiach Autralii jeszcze przed swoimi narodzinami. Trzy razy starał się o nią podczas godów. Raz mu się udało.
- Słuchaj, też mieszkam w Nowym Yorku. Spotkamy się na kawę? - przerwała ciszę.
Przypuszczał, że Missy czegoś chce. Jako ptak też czasem się do niego przymilała, a później okazywało się, że robiła to tylko po to, żeby wyjeść znalezione przez niego pasikoniki. Mimo wszystko odpowiedział:
- Tak. Jutro w centrum. Cafe de La Rouge przy dziewiętnastej przecznicy.

środa, 6 maja 2015

Fale

Janek kupował bułki. Stał przy kasie osiedlowego marketu i pieczołowicie liczył wyszperane z portfela drobne. Terminal się zepsuł. Nie mógł zapłacić kartą, a na wycieczkę do bankomatu zdecydowanie nie miał ochoty. Wytapirowana na rudo ekspedientka liczyła sobie najwyżej metr sześćdziesiąt wzrostu. A pomimo to jakoś udawało jej się patrzeć na niego z góry. Odliczył złoty pięćdziesiąt dziewięć, rzucił je na ladę, poczuł mrowienie. Przez jego ciało przeszedł dreszcz. Nieprzyjemnie przepłynął po zębach, zabębnił urywanym bólem w głowie, otarł się o żołądek wywołując uczucie podobne do mdłości. Monety opadły na podkładką. Zadźwięczały metalicznie i jakby grubo. Ekspedientka uśmiechnęła się. Była schludną, przyjazną kobietą w średnim wieku. Rude włosy spinała na czubku głowy w kok.
- Brakuje pół guldena - zaszczebiotała uprzejmie.

czwartek, 12 marca 2015

Święte Miejsce

Teometr tykał coraz bardziej intensywnie. Ksiądz Jakub spojrzał na urządzenie. Pokazywało w tym momencie rekordowo wysokie stężenie Boga - bo aż 3 459 Janów Pawłów. Cały kompleks Lourd wraz z setkami pielgrzymów zgromadzonych na wieczornej mszy był w stanie wykazać 500 jednostek. I to w najlepszym wypadku, bo niekiedy ilość Boga, jaką dało się wykryć w sanktuarium, drastycznie malała. Eksperci podejrzewali, że spadki są powodowane tym, iż w niektóre dni duże ilości pielgrzymów przysypiają w ławkach zamiast się modlić. Tykanie robiło się coraz bardziej uciążliwe. Każdy dźwięk, każdy mechaniczny brzdęk ksiądz Jakub odbierał teraz jakby było złośliwym pukaniem w środek czoła. Projektanci popełnili znaczący i jednocześnie trywialny błąd... Dźwięku nie dało się w żaden sposób wyciszyć. Można było owszem wyłączyć, odciąć dopływ prądu, ale w tym momencie księdzu zależało na porównywaniu odczytów. Teometr z mrówczym uporem, nieustannie informował o dużych ilościach wykrywanych jednostek. Buczał teraz tak, że każdego doprowadziłby do szału. Ksiądz Jakub ze wstydem zauważył, że przeszkadza mu wysokie stężenie Boga w powietrzu i przeżegnał się.

wtorek, 30 grudnia 2014

Kleszcz

Przyglądał się pomysłom na slogany reklamowe mające przynieść dziesiątki tysięcy zysków producentowi niezbyt popularnego masła. Cała strona pokryta była pojedynczymi słowami, niepełnymi zdaniami i przede wszystkim bezsensownymi gryzmołami. W niespójnym chaosie, który zawsze zostawał po jego tak zwanym procesie twórczym, dwie koncepcje najbardziej przyciągały uwagę. Rozważał wybranie: "Smaruj, jedz, ciesz się życiem" oraz "Poczuj się jak pączek w maśle". Pierwsze hasło wydawało się lekko naciągane i już widział, że sprowokuje niektórych klientów do komentarzy w rodzaju "Smaruj, tyj, ciesz się cholesterolem." Mimo wszystko podobało mu się. Slogany rzadko okazywały się stuprocentowo trafne. Drugie hasło było zbyt niejasne. Sugerowało, że ktoś będzie zanurzał ludzi w roztopionym produkcie mleczarskim. Sięgnął po czerwony długopis, aby podkreślić pierwszy slogan. Jego ręka jednak zadrżała, po czym zamazała zdanie kilkoma złośliwymi ruchami. Powędrowała po kartce i zatoczyła nierówny owal wokół drugiego hasła. Kleszcz podjął decyzję. Marcin zagryzł dolną wargę, odłożył kartkę i przeniósł ręce na klawiaturę. Szybko napisał do producenta maila z propozycją reklamowego sloganu: "Poczuj się jak pączek w maśle."

czwartek, 9 października 2014

Pomyłka

Wydrążone rogi powędrowały w górę, a następnie zadudniły o stół. Część ich zawartości znalazła się w gardłach, a część pozostała na plecionych brodach. Ręce rzuciły się na mięso. Wprawnie rozszarpywały upieczone w całości kury, gęsi i barany, z rzadka tylko pomagając sobie nożami. Pan Patryk siedział i patrzył w swój róg w dalszym ciągu napełniony piwem. Pijał tylko Żywca, tylko puszkowego i to na dodatek niezbyt często. Jak się okazało w Valhalli nie serwowali puszkowego Żywca. Mieli jedynie to tutaj piwo niepasteryzowane, niefiltrowane, mętne - gęstą ciecz o konsystencji zupy. Pan Patryk wypił łyk i skrzywił się. Westchnął i sięgnął po leżący przed nim na stole kawałek suszonej ryby. Talerzy też w Valhalli nie mieli. I tak dobrze, że dieta martwych wikingów obfitowała w ryby. Gdyby nie paski suchego dorsza pan Patryk musiałby za całą kolację uznać surową rzepę honorowo pełniącą tutaj funkcję surówki. Umarł we wtorek, minęły trzy dni, więc dzisiaj musiał być piątek, a on jako katolik w piątki mięsa nie jadał. Nawet po śmierci i nawet w Valhalli.
- Patryk!!! - ryknął jego sąsiad, siedzący z lewej strony - Jak ja cię chłopie lubię! Pobijmy się na topory!
Pan Patryk otworzył usta. Miał chytry plan, aby asertywnie lecz stanowczo zaprotestować. Niestety ktoś już wsunął mu do ręki topór. Sąsiad, noszący bodajże imię Knut, też dobył swojej broni.
- Orientuj się!!! - ryknął współbiesiadnik.
Pan Patryk niestety się nie orientował i ostrze nadspodziewanie gładko zanurzyło się w jego czaszce. Poczuł ból i krew spływającą gorącymi strumieniami po policzkach,  a następnie osunął się na podłogę.