czwartek, 24 lipca 2014

Trzeci stopień

Byli inni. Żadne tam odmienni, po prostu inni. Różnili się od ludzi wszystkim, czym tylko się dało. Michal stał przy oknie schronu i patrzył przez szybę na szalejącą za oknem burzę zdecydowanie zbyt dużych, wielokątnych liści. Planeta była bardzo przewidywalna z meteorologicznego punktu widzenia. Porywisty wiatr wiał tutaj prawie przez cały czas. Każde wyjście na zewnątrz groziło zdmuchnięciem. Dlatego przed opuszczeniem schronienia należało dociążyć się specjalnym pasem. Obcy nie mieli tego problemu. Ich długie, pałąkowate ciała wrastały w ziemię. Pojedyncza, podobna do pnia noga cały czas zagłębiała się w glebę. Wyrastające z jej podstawy korzenie, odrobinę podobne do macek, ryły glebę i w ten sposób ciągnęły ciało do przodu. Michal wiedział to wszystko z raportów sond - małych upierdliwych robotów, które badały powierzchnię globu. Sam jeszcze nie miał przyjemności spotkać się z żadnym z tubylców. Aż do teraz. 

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Bóstwo

Dziesięć serii krzywych przysiadów. Dziesięć serii brzuszków, które ze względu na jego potężny garb bardziej przypominały kołyskę. Pompek nawet nie próbował robić. Za bardzo przeszkadzała mu przy tym krótka, pomarszczona i niedołężna ręka. Podniósł z ziemi duży kamień i z wysiłkiem zaczął go podnosić nad głową. Powtórzył trzydzieści razy i z gniewem rzucił głazem o najbliższe drzewo. Starł pot ze swojej pokrytej guzami czaszki. Zawarczał pod nosem. Był wściekły. Właściwie bez przerwy od jakichś dwóch lat. Sięgnął po karabin przykryty kurtką w korzeniach drzewa. Chwycił za kolbę, przetarł odruchowo lufę. Każdy inny strzelec w tym momencie odmówiłby krótką modlitwę do któregoś z bóstw wojny. Do Ardana, do Breven Tass, do Kehsi. Armie wszystkich krajów świata idąc na bitwę proszą bogów o pomoc. Czasem, jeśli akurat stający przeciwko sobie żołnierze pomodlą się do tego samego patrona, obydwie strony obejmuje bliźniacze błogosławieństwo, które odwraca kule, leczy rany i zamienia bitwę w nieskończenie długą i wyczerpującą wymianę kul. On się nie modlił. On Konrd Myślnski był zdany tylko na samego siebie. Tylko na swoją drżącą, skurczoną rękę i zaropiałe oczy. Skierował lufę w pobliskie paprocie i strzelił wyobrażając sobie, że kryją się tam wszystkie bóstwa świata.

środa, 16 kwietnia 2014

Czucie

Mieli go. Dorwali go, a raczej za chwilę dorwą. Wiedział, że będzie uciekał, ale nie dawał swojemu wycieńczonemu i wygłodzonemu organizmowi więcej niż pół godziny. Nie da rady dłużej krążyć. Najprawdopodobniej padnie ze zmęczenia gdzieś w ciemnym kącie ulicy, a oni będą musieli jedynie go zabrać. I tak długo ich zwodził. Prawie trzy tygodnie ukrywał się w mieszkaniu kolegi. Dwadzieścia dni spędził na unikaniu okien i obiecywaniu, że wszystkie pieniądze jakie  gospodarz wydał na jego utrzymanie, odda co do grosza. Ostatecznie jednak, kumpel, dawny współlokator z studenckich czasów, z którym zdawałoby się mogli konie kraść, nie wytrzymał napięcia i kazał mu się wynosić. Piotr opuścił schronienie późną nocą i od tamtej pory wałęsał się po zakazanych ulicach, unikał miejsc bardziej publicznych niż przystanek autobusowy, spał na śmietnikach.

poniedziałek, 3 marca 2014

Piesy

Burek przeciągnął się w swoim koszu, jeszcze przez sen zawarczał, po czym otworzył oczy i zaczął z zapamiętaniem drapać się za jednym z oklapniętych uszu. Kiedy uznał, że pchła, prawdopodobnie zresztą wyimaginowana, już sobie poszła, ruchem łapy włączył telewizor. Na ekranie prezenter mówił o zaletach picia naturalnej wody z kałuży i jej wpływie na długą, zdrową sierść każdego Piesa. Sam rzeczywiście miał wyjątkowo bujne i błyszczące owłosienie. Prezenter był Yorkiem albo Shitzu. Burek nigdy nie rozróżniał tych dwóch ras i podzielał zdanie swojego ojca, że nadają się jedynie do głośnego ujadania na mało istotne tematy. Burek machnął łapą, żeby przełączyć. Na ekranie pojawiła się para Pudli z nadmiernym namaszczeniem recytujących romantyczny dialog. Machnięcie łapy i monitor wypełniło sprawozdanie z życia ostatniego plemienia Piesów Dingo koczującego gdzieś na pustkowiach Australii.

środa, 5 lutego 2014

Podwieczorek

Pobudka, śniadanie z obowiązkową owsianką, spacer po parku zawsze upstrzonym żółcią i czerwienią jesiennych liści, obiad, drzemka, podwieczorek, a później niegroźny pokerek na zapałki, rzadziej brydż albo mocno amatorskie przedstawienie teatralne. Jednoosobowe białe pokoje z potężnymi żeliwnymi łóżkami i samotnymi paprotkami w pojedynczych oknach. Spokojne dni, czasem ukradkiem palone papierosy, zapach stołówkowego obiadu rozchodzący się równo o godzinie trzynastej trzydzieści, cisza nocna i po prostu cisza. Wszystko jak w domu spokojnej starości. Tylko, że Marek nie był stary, ale martwy.

czwartek, 16 stycznia 2014

Kołek

Słyszał wycie. Nie był w stanie ocenić, czy dochodzi spoza murów czy też ze środka zamku. Drżał od tego wycia. Albo on, albo cała budowla na pewno jednak coś drżało. Trzymał przy piersi osikowy kołek - przedmiot, który wyglądał jak zwykły palik do odgradzania krów, a jednak był jedyną bronią mogącą uśmiercić wampira. Pokonywał kolejne stopnie schodów i czuł jak wraz z wysokością, wraz z kolejnym krokiem jego strach rośnie. Zostały mu jeszcze trzy kondygnacje tych anormalnie krętych schodów otoczonych poręczą przypominającą jakiegoś zastygłego, drewnianego pytona. Zresztą cholera wie, czy to nie był pyton, którego ten cholerny krwiopijca przywlókł skądś podczas swoich podróży, a później swoimi przeklętymi sztuczkami czarnej magii, zamienił w drewno karząc mu wcześniej zawisnąć wokół schodów. Malkolmowi zaczynało mieszać się w głowie. I tak cud, że dopiero teraz. Przeszedł przez ten las pełen rozpalonych niezdrową zielenią oczu, dzikiego warkotu i gałęzi nachylających się nad głową jak ręce kata zakładającego stryczek. Uchronił go specjalny posrebrzany krucyfiks, krzyż w którego centrum, w kryształowym oczku pływało w formalinie ucho środkowe świętego Judy. Niestety tuż na skraju lasu zaczął uciekać, nie wytrzymał lęku, nerwy, napięte jak okrętowe liny podczas burzy, w końcu puściły i zaczęły łopotać na wietrze. Zgubił krucyfiks w biegu. Może to ten wiatr tak wył. Wył nieludzko jak zamęczane zwierze, wył diabolicznie i jakby gulgotliwie.